Hollókő – czytaj Hollouky

Co skłoniło nas żeby tam pojechać?

Po dłuższym zastanowieniu prawdopodobnie tajemniczość tego miejsca schowanego gdzieś między wzgórzami Cserhát-hegység w Karpatach Zachodnich. W miejscu wydawałoby się odciętym od świata…

Wioska w całości została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO o czym dowiaduję się z przewodnika, do którego zdecydowałam się zajrzeć w drodze powrotnej z Egeru do Polski.

Trzeba się uzbroić w cierpliwość, ponieważ droga prowadzi bocznymi drogami i zajmuje około 1,5 godziny.

Decydujemy się jednak nadłożyć nieco drogi i odwiedzić to miejsce.

Nie ukrywam, że nawigacja samochodowa zdecydowanie w tym przypadku okazuje się pomocna. Przy zjeździe na Hollókő znajduje się skała a na niej czarny kruk (podobno nazwa Hollókő oznacza kruczą skałę).

Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że sama wieś właściwie składa się jakby z dwóch części: nowej i starej – przeciętych ulicą o nazwie Dozsa. Zdecydujemy się zaparkować na parkingu przy głównej ulicy. Stąd idąc ścieżką przez las można dojść do ruin zamku warownego. My natomiast idziemy w dół, szybko zauważamy, że asfalt zmienia się w brukowaną Kossuth utca. Droga prowadzi do bielonego kościółka z ciemną drewnianą dzwonnicą, który jak doczytuję w przewodniku znajduje się w centrum Starej Wioski.

Po drodze mijamy niewielu turystów, mimo że jest środek dnia. Prawdopodobnie sierpniowy upał ściął wszystkich z nóg. W oddali widzimy kłębiące się burzowe chmury – zaś na ich tle ruiny zamku.

Wioska w obecnym kształcie powstała w XVIII w.

Jednak ciekawostką jest to, że obecne domy pochodzą z pierwszej dekady XX w. kiedy udało się je odbudować po ogromnym pożarze, który nawiedziła Hollókő w lipcu 1909 r.

Może to rodzaj skansenu?

Skansenów w swoim życiu widziałam naprawdę sporo, jednak ta węgierska wioska wydaje się być zdecydowania czymś więcej. W niektórych domach nadal mieszkają ludzie, inne zaś zostały zaadoptowane na restauracje, pracownie garncarskie, tkackie muzea oraz sklepiki z pamiątkami.

Domy w Hollókő są dosyć charakterystyczne, ponieważ mają w większości wysokie kamienne podmurówki, przez co sprawiają wrażenie piętrowych, dostojnych.

To niewiarygodne, ale przy tej głównej ulicy, na której rozwidleniu stoi drewniany kościołek czuć klimat tego miejsca. jakby czas się zatrzymał dziesiątki lat temu. Niestety nie dane nam było tym razem trafić na opisywane w przewodniku żadne ze świąt czy uroczystości. Podczas nich mieszkańcy zakładają swoje najlepsze przyodzienia i wtedy dopiero można poczuć klimat!

Co warto zobaczyć w Hollókő?

Warto przejść się pomiędzy starymi zabudowaniami. Zajrzeć do kościółka. Przyjrzeć się jak wyglądała kiedyś prawdziwa wioska. Przy wielu zabudowaniach możemy znaleźć drewniane, rzeźbione krużganki, często również tzw. letnią kuchnię oraz piec do pieczenia chleba. Zabudowania gospodarcze chlewiki i stajnie – w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań ludzkich.

Warto zajrzeć do domów znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła, aby podziwiać niezwykłe wnętrza, odwiedzić muzeum poczty.

Wiele miejsc wartych odwiedzenia znajduje się w murowanych podpiwniczeniach domów, jednym z nich jest muzeum lalek. Jednak nie o lalki są tutaj prawdziwą ozdobą, ale ich niezwykłe stroje, wykonane z wielkim sercem i talentem.

Warto zajrzeć do pracowni rzemieślniczych – ceramicznych i garncarskich.

Jak zamieszkać w Hollókő?

Na booking.com można zarezerwować nocleg w jednej z wiejskich chat. Niestety nie dane nam było sprawdzić jaki jest komfort takiego noclegu, ponieważ na ten dzień mieliśmy zaplanowany powrót do domu. Ale myślę, że przy następnej wizycie może się skusimy ponieważ opinie brzmią zachęcająco! 🙂

Przed wyjazdem postanowiliśmy jeszcze coś zjeść i wybór padł na Hollókői bableves w restauracji Var Etterem. To co dostaliśmy okazało się być przepyszną zupą fasolową. a pierwszy rzut oka podobna do gulaszu z mięsiwem i wędzoną kiełbasą. Przyrządzona była  ZDECYDOWANIE NA OSTRO!

Jednak przy zamawianiu gulaszu proponuję wziąć 1 porcję na 2 osoby. Kelner przyniósł zamówienie z dosyć sporych kociołkach. Porcje zupy były tak duże, że nie daliśmy rady zjeść całości mimo wilczego głodu 🙂